Zawodówki świecą pustkami
Na wielu budowach problemem okazuje się brak rąk do pracy,
ekipy remontowe natomiast trzeba załatwiać już pół roku wcześniej.
Co jest przyczyną takiej sytuacji? Dlaczego nie ma chętnych?
Jak podają urzędy pracy w całym kraju zawody takie jak: lakiernik, murarz, malarz
budowlany, stolarz, blacharz i tapicer należą do tych najbardziej poszukiwanych,
a według prognoz w najbliższych latach rynek budowlany będzie się rozrastał.
Coraz lepsze stają się również warunki pracy na budowie. Średnie zarobki to
już grubo ponad 2 tys. złotych. Poprawie uległo też bezpieczeństwo pracy,
gdyż firmy, które zatrudniają powyżej 50 osób, mają własne służby BHP, a
Państwowa Inspekcja Pracy przeprowadza ciągłe kontrole. Mimo to, nadal
brakuje osób zainteresowanych zawodówkami, przygotowującymi do takiej
pracy. Rodzi się więc pytanie co powoduje taki stan rzeczy. Nieraz wpływ
na to mają nie tyle sami uczniowie, lecz ich rodzice, którzy, chcąc realizować
swoje ambicje, posyłają dzieci do liceów. Nie zważają oni wtedy na ich predyspozycje,
a posłanie ich do zawodówki traktują jako ujmę na honorze. Na taką sytuację oddziałuje
również fakt, iż mało kto, zdając sobie sprawę z tego, że mimo słabych wyników w nauce
może bez problemu dostać się do liceum, zdecyduje się na kandydowanie do zawodówki.
Lepiej rysuje się sytuacja w szkołach zawodowych prowadzonych przez
przedsiębiorstwa budowlane. Ich główną zaletą jest fakt, iż lata spędzone
na nauce liczą się uczniom do stażu pracy, czego nie mogą im zaoferować zwykłe
zawodówki. Inną korzyścią związaną
z uczęszczaniem do takiej szkoły jest to, że uczniowie już w trakcie nauki dostają
wynagrodzenie za praktyki oraz zawierają umowę z zakładami, w których je odbywają.
Dzięki temu stają się tak zwanymi pracownikami młodocianymi. Uczeń, który ukończył
szkołę przyzakładową ma już status pracownika z doświadczeniem, co jest obecnie tak
bardzo cenione przez pracodawców. Co więcej, większość z absolwentów takich szkół
nie ma problemów ze znalezieniem pracy w zawodzie, gdyż zatrudniani są od razu przez
daną firmę, lub też inną, w której już podczas nauki pracowali.
Warto więc podjąć próbę dostosowania sytuacji w polskich szkołach
ponadgimnazjalnych do obecnego rynku pracy. W niektórych miastach ruszyły
już kampanie reklamowe, promujące szkoły zawodowe, a nawet zdecydowano się
na ograniczenie liczby miejsc w liceach
i zwiększenie ich w technikach i zawodówkach.
Źródło: Gazeta Wyborcza „Praca” Komentarz, 14 maja 2007, nr 20 − Olga Szponar